Dolina Wierzby

Gościna w "Dolinie Wierzby" to prawdziwy relaks i wypoczynek
Odzyskaj dobre samopoczucie, naładuj baterie!
Świeże powietrze i zdrowy klimat gwarantują dobry odpoczynek

Limuzyny w Dolinie Wierzby

Sebastian mieszkał już w miejscach tak niezwykłych, jak Dom Wielkiego Brata, ale naprawdę u siebie jest tylko w Dorotowie. A naprawdę szczęśliwy – kiedy bierze na ręce małego byczka.

Sebastian Florek wychował się w Olsztynie. Dorastał w czasach, kiedy marzyło się o karierze w telewizji albo przynajmniej w biznesie. A już najbardziej o pracy za granicą. Sebastian był inny. Bo już wtedy, przed maturą, wiedział, że nie chce mieszkać w Londynie ani w Nowym Jorku. Ani nawet w Warszawie. Tylko na wsi.

– To wpływ ojca, profesora na olsztyńskiej Akademii Rolniczej, dzisiejszym Uniwersytecie. Nie był takim profesorem teoretykiem, co tylko siedzi w książkach. Mieliśmy na działce zwierzęta. Już wtedy, za komuny, ojciec w ogródku miał trzy świniaki, norki i tchórze. Uczył mnie, jak się nimi zajmować. No i zobaczyłem, ile było pieniędzy ze sprzedania świniaka, a ile z ojcowskiej profesury.

– Sebastian to chyba już w dzieciństwie zrozumiał, że na wsi człowiek z głodu nie umrze – żartuje jego mama. – Spędzał wakacje u babci. Któregoś dnia wstała wcześnie, żeby przygotować śniadanie, a jego w domu nie ma. Wyszła do ogródka, patrzy, a Sebastian coś pakuje do buzi. „Co tam masz?”, zapytała. Sebastian przełknął. Babcia patrzy, a on zjada ślimaki.
Miał wtedy trzy lata. I choć to tylko rodzinna anegdota, to pewnie tkwi w niej jakieś ziarno prawdy.

 

– Już w liceum byłem pewien, że zamieszkam na wsi. Gadaliśmy o tym w pociągu Olsztyn– Berlin. Jeździliśmy z walutą do Berlina Zachodniego – sprzedać ruble i czeskie korony, które kupowaliśmy w Olsztynie. Pociąg jechał całą noc... Śmialiśmy się, że to nasz cinkciarski pociąg do własnego biznesu. I kiedy moi koledzy opowiadali, jakie to by chcieli zrobić kariery, ja mówiłem, że będę miał dom na wsi i 200 sztuk bydła. Śmiali się. Że to żarty. Jak to? Na wsi zamieszkać?
Ale on wsiadał na wysłużoną już, ale wciąż dzielną emzetkę 250, jechał po dziewczynę i tułali się po Warmii, szukając miejsca, w którym będzie można postawić dom.

– Najpierw jeździliśmy w stronę Wielkich Jezior, ale nie udawało się znaleźć tego czegoś. Były i domy, które dałoby się jeszcze wyratować. I piękne okolice, jak te wokół Purdy… ale wciąż mi się wydawało, że jeszcze nie. Żebym jeszcze szukał. W końcu przyjechaliśmy w tę dolinę między Dorotowem i Bartągiem. Niby blisko miasta, ale jednak daleko, bo ostatnie kilometry jechało się po piasku, po wykrotach, przez las. Taki las, co wydawał mi się granicą pomiędzy całym światem i tym domem w dolinie.

Dom pana Czajki

– Dolina Wierzby. Tak nazwałem to miejsce, kiedy już mogłem, bo należało do mnie. Byłem na początku studiów. Dom i ziemia kosztowały dziesięć tysięcy dolarów. Dziś to wydaje się zabawne, wówczas tyle kosztowało mieszkanie w centrum miasta. Połowę zarobił, wożąc walutę za żelazną kurtynę. Połowę trzeba było pożyczyć.
pożyczyć. – Tak mnie wychowano. Pierwsze słowa mojej mamy, które zapamiętałem, brzmiały: „Uczciwością i pracą ludzie się bogacą”. Uwierzyłem w to „wychowanie przez pracę”. Może dlatego udało mi się na studiach? Bo kiedy koledzy z mojego roku chcieli robić kariery jako dyrektorzy PGR-ów, ja łatałem dziury w Dorotowie i przywiozłem tam pisklęta gęsi. Dwa tysiące jednodniowych gąsiąt. Odchowałem, utuczyłem na owsie i sprzedałem do Indykpolu. Ciężko było. Od świtu do północy z przerwą na wykłady i ćwiczenia. Ale dałem radę.
Wystarczyło, żeby spłacić długi.
Samotny dom w Dolinie należał do warmińskiego rodu Czajków. Ale o tym Sebastian dowiedział się dużo później, pewnej wiosny po latach, kiedy stary Czajka przyjechał w rodzinne strony, żeby zobaczyć, jak się mają sprawy w wolnej Polsce.

– Gdzieś na początku lat 70. Warmiacy, autochtoni, dostawali paszporty i ułatwienia w wyjeździe za granicę, jeśli zgadzali się w zamian opuścić swoje domy, a ziemię przekazać na skarb państwa. Niektóre gospodarstwa znajdowały nowych właścicieli, po innych pozostały tylko stare sady pośród pól przejętych przez PGR-y. Pan Czajka przyjeżdża tu czasami. Włóczymy się po lesie, podglądamy sarny, jelenie i dziki, bo tu jest teren łowiecki zamknięty i zwierzyny mnóstwo. I widzę, że mu tęskno. Że pewnie wolałby mieszkać tutaj niż w wielkich miastach Zachodu…
Czajka pracował 20 lat w fabryce mercedesa. Teraz na stare lata może kupić sobie luksusowe auto za 25 procent ceny.
– Chcesz, to ci takie kupię – namawia Sebastiana.
– A cóż mi tutaj po limuzynie – śmieje się Sebastian. – Tutaj to ja potrzebuję land rovera. No i ma rację. Mercedes nie da rady, kiedy śniegu po pas.

Po Złote Runo

Gęsi to był biznes… Ale wkrótce Polska wprowadziła zakaz hodowli gęsi owsianych (przez ostatni miesiąc karmi się je tylko owsem, dzięki czemu tłuszcz z żółtawego staje się bezbarwny), interes przejęli Czesi i Słowacy. Próbował chyba wszystkiego: najpierw był tartak. Bez powodzenia. Potem świnie, bydło i konie. Wreszcie stodołę przebudował na agroturystykę. Sam ją zaprojektował. I sam zbudował. Całą więźbę dachową okrągłego salonu z kominkiem, gdzie można przesiedzieć noc i zobaczyć, jak o świcie pod okna podchodzą sarny. Lubią przesiedzieć dzień w gęstwinie wierzby.
– Zbadałem jakość gleby i okazało się, że jest świetna pod uprawę. Przez trzy–cztery lata rośnie, a potem wycina się ją na brykiet. I mam w tych zaroślach sarny i zające z całej okolicy, bo to dla nich najlepsze środowisko, żeby wychować młode. Zanim skończył studia, był już w okolicy gospodarzem pełną gębą. No to wybrali go do Rady Gminy w Stawigudzie.
– Wtedy przekonałem się, że polityka pociąga mnie do tego stopnia, że zapragnąłem… zostać posłem. Wtedy, w 2001 roku było kompletnie nierealne. Ale od czego mamy telewizję? Trwał nabór do „Big Brothera”. Poczytałem o tym przedsięwzięciu, bo na Zachodzie nie było ono nowością. I wiedziałem, jakie są zasady rekrutacji, że chodzi o to zderzenie postaw ludzi w różnym wieku, z kompletnie odmiennymi doświadczeniami, wykształceniem, aspiracjami. Pomyślałem: „Kurcze, ilu tam się zgłosi rolników po akademii, hodowców gęsi z doświadczeniem w polityce, choćby tylko samorządowej?”. I wyszło mi na to, że nikt – śmieje się. – Taki miałem plan. I ten plan zadziałał. Nie byłoby mnie stać na kampanię wyborczą do Sejmu. „Big Brother” był moją kampanią.
Dwa lata później, kiedy powstawała książka o fenomenie „Big Brothera”, autorzy przyjechali do Polski napisać o jedynym przypadku, kiedy ktoś wszedł do Domu, żeby wystartować w prawdziwych wyborach do Sejmu.
Lewica zaproponowała Sebastianowi ostatnie miejsce na liście. Nikt nie przypuszczał, że dostanie się na Wiejską.
miałem szansy sprawdzić, czy byłem dobrym posłem, bo przecież nie media, które mnie lubiły, ale wyborcy to weryfikują.
Los pokierował inaczej.

Nie było sprostowań

Sebastian wstaje przed świtem. Musi napalić. Każdy pniak to jakieś 15 kg. Trzeba je pociąć, przynieść i wrzucić do paleniska. Cztery razy dziennie. Nie było sprostowań
Z tym BMW spotkał się chwilę wcześniej na stacji benzynowej. Kilometr dalej zauważył pogruchotane auto. Wezwał pogotowie, policję, zaczął reanimację.
W wieczornym dzienniku usłyszał, że w wypadku zabił człowieka.
– Kto wie, jakby to się skończyło. Ślady wskazywały, że tamten mógł uchylić się przed czołowym zderzeniem
– to jedyny raz, kiedy Sebastian się nie uśmiecha.
– Na moim aucie nie było śladu, ale przecież mogło się okazać, że go „musnąłem”. Nie kryłem się za immunitetem. Pojechałem do prokuratury. Postępowanie było powolne, dziennikarze nie zostawili na mnie suchej nitki. Okazało się, że jest film z CPN-u i widać, że odjeżdżamy w tę samą stronę, więc nie mogłem go uderzyć. Nikt nie zamieścił sprostowań, tylko jeden z tabloidów.
Przyjechałem do Doliny. Wsiadłem na konia. Pojechałem w las. I pomyślałem, że mam dość. Że to nie dla mnie. Złożył rezygnację z Klubu Poselskiego. Nie wystartował w wyborach.
– Może komuś zależało? Przecież łazili za mną dziennikarze, żeby mnie na jakąś minę wpakować – znowu się uśmiecha.
– Kiedyś wyczułem takich dwóch reporterów. Widać, że z tej Warszawy chyba nigdy nie wyjeżdżali. Zapakowałem ich do dżipa i pojechaliśmy nad jezioro. Wsadziłem chłopaków do łódki i pokazałem, jak się obchodzić z wędziskiem. Ja w tym garniturze, prosto z biura, oni prosto z Warszawy. Po dwunastu minutach jeden trafił czterokilogramowego szczupaka. To był ich pierwszy raz w życiu…
No i artykuł o Florku się nie ukazał, widać mieli inne zadanie niż szczupaki.

Luksusowe krowy

W warszawskich czasach w Dolinie Wierzby czytało się pewnie inne gazety. Ale teraz obok lokalnych, olsztyńskich gazet leży sterta „Hodowcy Bydła”. I innych rolniczych gazet. Młodzieńcza pasja nie gaśnie. Chociaż dziewczyny, z którą odkrył Dolinę Wierzby, już tu nie ma.
– Dziewczyna… Cóż, wolała zbudować sobie przyszłość w zachodniej Europie. A mnie w Dolinie urodziło się dwóch synów – Maciek i Mikołaj. Ale potem coś się między nami popsuło. No, nie wyszło… więc wygląda na to – uśmiecha się – że wciąż jestem do wzięcia. Synowie lubią, kiedy ich tu przywozi. Kiedy zjeżdżają razem z góry na sankach, walczą na śnieżkowe wojny i gadają o bobrach. Bobry intrygują Mikołaja. Niezwykłe hobby jak na sześciolatka. Może też będzie rolnikiem?
– Mam studia. I znam nieźle unijne prawo. I nikt mi nie powie, że rolnicy mają w Unii lepiej. Jeśli chcesz połapać się we wszystkich przepisach, musisz nad nimi siedzieć tyle czasu, że już nie masz kiedy pracować. Nie zdobyłbym dopłat, gdybym nie zapłacił firmie, która zajmuje się tym profesjonalnie. A co ma powiedzieć ten rolnik, który nie ma studiów? Nie był w Sejmie? Ma mało ziemi?
Dziś praca Sebastiana to agroturystyka i limuzyny. Wstaje przed świtem, żeby uruchomić ogrzewanie. Piec na drewno obmyślił sam. Gdyby nie to, nie opłacałoby się utrzymywać Doliny Wierzby. Ale są i minusy. Trzeba palić. Każdy pniak to jakieś 15 kg. Trzeba je pociąć, przenieść i wrzucić do paleniska. Cztery razy dziennie. Pewnie dlatego jest w dobrej kondycji.
A potem krowy. Mieszkają w Jedwabnie. W starej oborze po PGR. Całą drogę z domu jedzie lasami. Dlatego musi to być land rover. Żaden inny nie dałby rady w plątaninie zapomnianych dróg.
– Te krowy to moja prawdziwa pasja. Luksusowe krowy na mięso. Najlepszy gatunek wołowiny na świecie. Nazywają się Limousine. Teraz jest zima, więc cały czas rodzą się nowe cielaki. Mam do pomocy pana Stefana. Jest cudotwórcą. Odebrał chyba najwięcej krowich porodów na całej Warmii i Mazurach. No i potrafi okiełznać byka.
Limuzyny mają gęste brązowe futro. I rogi ostre jak tury. Nie ma w nich tej charakterystycznej dla bydła flegmy i obojętności. Są harde i ciekawskie. A byk to prawdziwy potwór.
– On nawet pana Stefana i mnie traktuje jak służących. Mogę go pogłaskać, ale nie dłużej niż kilka sekund, potem pokazuje mi, że on tu rządzi.
– A ja mam dla niego zawsze jakiś smakołyk, więc jak krowy trzeba zabrać z pola, wołam go, dostaje owsa albo marchewkę i wtedy pozwoli się poprowadzić – pan Stefan zawsze ma w kieszeni coś, czemu nawet byki nie potrafią się oprzeć.
Sebastian bierze na ręce noworodka. Jest jak dziki bawół. Staje na nogi po kwadransie. Po kolejnym już truchta za matką. Po czterech dniach jest tak ciężki, że nie da się go udźwignąć.
– Widzisz? – Sebastian ma w oczach taki wyraz jak dziecko, które właśnie coś nabroiło. Na przykład zjadło ślimaka.
– Widzisz? To jest szczęście. Siedziałem w Warszawie w Hotelu Sejmowym i pytałem sam siebie: „Kurde… czy tego pragnąłeś?”. Może nie miałem odwagi powiedzieć sobie prawdy. Jechałem wtedy do mojej Doliny pojeździć konno, drew narąbać. Rozpalić w kominku. Posłuchać rockowej muzyki. Czy mógłbym, jak pan Czajka, wyjechać stąd i być szczęśliwy gdziekolwiek indziej?
Idziemy przez zasypane śniegiem wzgórza, żeby popatrzeć na Dolinę o wschodzie słońca. Mróz skrzypi pod butami. Sarny czmychają przez zamarznięty staw. Gdzieś w zaroślach wierzby i one rodzą teraz młode.
GRZEGORZ KAPLA