Dolina Wierzby

Gościna w "Dolinie Wierzby" to prawdziwy relaks i wypoczynek
Odzyskaj dobre samopoczucie, naładuj baterie!
Świeże powietrze i zdrowy klimat gwarantują dobry odpoczynek

Woli mieszać bigos niż w polityce

 

Dziesięć lat temu Sebastian Florek wziął udział w pierwszej edycji Big Brothera. Po kilku miesiącach był już w domu na Wiejskiej. Został posłem SLD. Dziś uprawia ziemię, ma plantację wierzby energetycznej i prowadzi gospodarstwo agroturystyczne. Były poseł ma dwóch synów: Maćka i Mikołaja. Jedeń chodzi do podstawówki, a drugi do przedszkola.

Teraz w Dolinie Wierzby

Do Florka jedzie się szutrowa drogą. Prawie kilometr przez las. Kiedy człowiek już tam trafi, aż żal wyjeżdżać. Dolina Wierzby, bo tak nazwał to miejsce gospodarz, upaja człowieka ciszą, spokojem i urokiem. Nic dziwnego, że Florek mówi, że nie zamierza nigdzie się stąd ruszać. Dlaczego Dolina Wierzby? - Bo to dolina, a wkoło rosną wierzby - wyjaśnia.

I nazwa się przyjęła. W okolicy domy wyrastają jak grzyby po deszczu. I wszyscy mieszkańcy mówią o sobie, że są z Doliny Wierzby.

Czy nie brakuje mu wielkomiejskiego zgiełku? Nie ciągnie go do polityki, na warszawskie salony? Czy nie brak mu kamer telewizyjnych, tłumów fotoreporterów? - Na wieś do polityki? Już tam się nie wybieram - kręci głową.

Dlaczego wziął udział w reality show, w pierwszej edycji Big Brothera? Plan był prosty: żeby później wejść do polityki - wyjaśnia. Z innymi uczestnikami programu od dawna już nie ma kontaktu.
Dziś mówi, że już odpuścił sobie politykę. - życie jest za krótkie, żeby tracić na nią czas. Spróbowałem, jak smakuje i to mi wystarczy - nagle podrywa się z krzesła. - Przepraszam, ale muszę zamieszać bigos - tłumaczy. Idzie długi weekend, więc zjadą goście z Polski. Niedawno Florek przebudował stodołę. Zrobił tu pokoje dla miłośników agroturystyki. Jak przyjadą, to dostaną do jedzenia między innymi bigos, który własnoręcznie upichcił gospodarz. Będzie z białą kiełbasą. Florek lubi gotować, jeśli - jak mówi - ma na to tylko czas.

Gospodarka pochłania go bez reszty. Ma prawie trzysta hektarów ziemi. Jest co obrabiać, ale Florek to nietypowy rolnik, który bladym świtem zrywa się i pędzi do obory zrobić obrządek. - Nie mam krów - się Florek. - Choć jeszcze niedawno mialem i to sporo. Zresztą wielkie stado krów to było jedno z jego marzeń, jeszcze w szkole. Kumple chcieli robić wielkie kariery, gdzieś w stolicy, a on marzył żeby mieć dom na wsi i z 200 sztuk bydła.

Od tartaku do stodoły

Florek próbował chyba wszystkiego. Miał świnie, bydło i konie. Wreszcie teraz stodołę przebudował na agroturystykę.
- To dodatkowa działalność - mówi. - zielona energia, biomasa. Kiedy był posłem, już wtedy opowiadał o uprawie wierzby energetycznej. Potem czytał w gazetach, że to jakieś polityczne gruszki na wierzbie.
- Gruszki? - pyta Florek, przysiadając na wielkiej pryzmie wierzbowych gałęzi. - To biznes. Ciepłownie biorą ode mnie zrębki. Kilkadziesiąt metrów dalej ciągnie się ogromne pole wierzby. A jej łany wysokie na siedem metrów przypominają bardziej dżunglę Amazonii niż polskie łany pszenicy.
Ciszę przerywa nagle hałas dochodźący z silnika land rovera, którym wyjeżdża przyjaciółka Florka.
- To nic takiego, to pasek klinowy - spokojnie wraca do rozmowy gospodarz. Sam jeżdzi też terenówką. Tak lubi szpan? - Auta wcale mnie nie kręcą - mówi - To po prostu proza życia z dala od asfaltu. W roztopy zimą żadne inne auto sobie tu nie poradzi.

Pierwszy urlop na Kubie

Pięć lat temu Florek pojechał na swój pierwszy w życiu urlop. I to od razu na Kubę. Dlaczego wybrał Kubę? Dla Castro, dla cygar? - Chyba z ciekawości - odowiada.
Na wyspie spędził miesiąc. Wynajął auto i jeździł od miasteczka do miasteczka. Poznał wspaniałych ludzi. - Zwykłych Kubańczyków, którzy mimo reżimu próbują normalnie żyć - mówi.
- Wielu marzy o telewizorze. Wielkim, ogromnym pudle, a które kiedyś stały w naszych domach. Można je tam kupić w specjalnych sklepach, takich naszych dawnych peweksach.
- Wychodzi tysiąc euro za telewizor.

Florek zakochał się w Kubie. Był już tam dwa razy. Może dlatego z głośników w stołówce, gdzie posiłki jedzą goście, dolatują latynoskie rytmy.

Ostatnio wziął się za kręcenie filmów. Został producentem filmowym.
- To fillm historyczno-dokumentalny - wyjaśnia. - Opowiado Henryku Zbierzchowskim, który żył i tworzył we Lwowie.
To ciekawa postać. Miał niesamowite życie. Całe życie pił wódkę, a mimo to był wielkim poetą, prozaikiem, bardem Lwowa.Tym filmem chce zainteresować stacje telewizyjne. Na razie bez skutku.
Pierwszy film jeszcze niesprzedany, a Florek już myśli o kolejnej produkcji. We wrześniu wybiera się na Krym
- Chcemy zrobić film o Golicynie, twórcy rosyjskiego szampana. Jego matka była Polką
Co będzie, jak filmy trafią na przysłowiową półkę? - Trudno - odpowiada. - Nie dla kasy, a dla frajdy to robimy.

Florek lubi ludzi uśmiechniętych. I sam stara się iść przez życie z uśmiechem. Nawet jak nie ma specjalnych powodów do radości. Wierzy, że dobre dni kiedyś wrócą.

Andrzej Mielnicki "Gazeta Olsztyńska"